W małej wiosce u podnóża Himalajów, gdzie zapach kwitnących rododendronów mieszał się z dymem z domowych palenisk, mieszkał stary bramin o imieniu Aruna. Miał on niezwykłego gościa , młodego podróżnika z Europy, który przybył tam akurat wtedy, gdy świat zachodni szykował się do Wielkanocy.
Pewnego ranka, gdy słońce ledwo wychyliło się zza ośnieżonych szczytów, wędrowiec zastał Arunę recytującego mantry z Rygwedy.– U nas, w moim domu, świętujemy teraz zmartwychwstanie – zaczął nieśmiało przybysz. To czas, gdy życie wygrywa ze śmiercią, a światło z ciemnością. Czy wasze stare księgi, Wedy, znają taką opowieść? Aruna uśmiechnął się, nie otwierając oczu rzekł – Spójrz na niebo. To, co nazywasz nowym początkiem, my od tysiącleci nazywamy Uszas.
Wskazał na horyzont.– W Wedach Uszas to bogini świtu. Każdego ranka „zmartwychwstaje” po nocy, która jest jak śmierć. Jest wiecznie młoda, choć narodziła się na początku czasu. Czy wiesz, że jej imię brzmi niemal tak samo jak wasze dawne słowa na określenie wiosny i wschodu? To ta sama tęsknota człowieka za światłem, która przetrwała w nazwie Easter.
wędrowiec usiadł na kamiennym prostopadłościanie szeptając : Ale u nas chodzi o ofiarę. O kogoś, kto oddał życie, by świat mógł trwać.
Starzec skinął głową mówiąc ,,W naszych hymnach śpiewamy o Prajapatim, Panu Stworzeń”. Wedy mówią, że na początku czasów złożył on samego siebie w ofierze, by z tego aktu mogło powstać życie – góry, rzeki, ludzie i zwierzęta. Rozdał siebie światu, aby świat mógł być. Czyż to nie brzmi znajomo? Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko śpiewem ptaków. Wędrowiec pomyślał o wielkanocnych jajkach, które w jego kulturze symbolizowały życie zamknięte w skorupce.– Wiesz – dodał Aruna, jakby czytał w jego myślach – my też mówimy o ,,Złotym Jaju”, z którego wyłonił się wszechświat. To ten sam symbol nadziei.
Wieczorem, gdy słońce zaszło, przybysz zrozumiał, że choć dzielą ich tysiące kilometrów i wieki tradycji, to jednak opowieść o życiu, które zawsze powraca, jest jedna. Wedy nie znały imion, które on znał, ale znały ten sam rytm: że po każdej zimie przychodzi wiosna, a po każdej nocy nieuchronny świt.
Następnego dnia, gdy mgła jeszcze gęsto spowijała dolinę, Aruna zaprowadził wędrowca nad brzeg rzeki. Woda była lodowata, spływała prosto z lodowców, ale bije od niej niesamowity spokój.– W twojej tradycji, Wielkanoc to także czas chrztu i wody, prawda? – zapytał stary bramin, zanurzając dłonie w nurt. – To obmycie z tego, co stare, by narodzić się na nowo. Przybysz skinął głową, przypominając sobie poświęconą wodę w kościołach.– Tak. Woda daje życie i oczyszcza duszę. Widzisz – odrzekł Aruna w Rygwedzie śpiewamy o Apah,Niebiańskich Wodach. Są one nazywane matkami wszystkiego, co żyje. Ale spójrz tam...Wskazał na małe ognisko rozpalone przez pasterzy niedaleko brzegu.– To jest Agni, bóg ognia. W Wedach to on jest posłańcem między ludźmi a bogami. Czy w twoją Wielką Noc nie rozpalacie wielkiego ognia przed świątynią? To ten sam symbol. Ogień nie tylko niszczy, on przede wszystkim oświeca. Jest iskrą życia, która nigdy nie gaśnie, nawet gdy ciało obraca się w popiół. wędrowiec patrzył, jak dym unosi się ku niebu. Przypomniał sobie wielką świecę, od której wszyscy zapalają swoje małe płomyki w ciemności nocy.– To niesamowite – szepnął . Myślałem, że przywożę tu coś zupełnie obcego, a odnajduję to w twoich pieśniach. Woda, która obmywa przeszłość i ogień, który daje nadzieję na przyszłość. Aruna uśmiechnął się łagodnie. Granice między religiami są jak linie narysowane na piasku, ale słońce, woda i ogień należą do wszystkich. Wedy mówią ,,Prawda jest jedna”, choć mędrcy nazywają ją różnymi imionami. Twoje zmartwychwstanie i nasza nieustanna odnowa świata to ta sama pieśń, tylko śpiewana w innych językach. Gdy wracali do wioski, chłopak czuł, że choć nie ma przy sobie koszyczka z pisankami, to w sercu niesie tę samą radość, którą czuł co roku w domu. Zrozumiał, że światło Uszas i światło wielkanocnego poranka to ten sam blask, który od wieków budzi ludzkość z lęku przed ciemnością.
Gdy obaj siedzieli przy brzegu rzeki, z gęstych zarośli bambusowych wyłonił się trzeci wędrowiec. Był to Li, starszy mężczyzna w prostym, lnianym odzieniu, który podróżował z dalekiego Wschodu. W dłoni trzymał pędzel i zwój papieru, na którym szkicował płynący nurt wody.– Słyszałem waszą rozmowę o ogniu i wodzie – powiedział Li, kłaniając się nisko. – W moich stronach, tam gdzie płynie rzeka Jangcy, również teraz świętujemy odrodzenie. Nazywamy to Qingming, Świętem Czystego Blasku. Chłopak uniósł brwi z zaciekawieniem.
– Czy u was też szuka się życia pośród cienia śmierci? Li uśmiechnął się i rozwinął swój zwój. My nie szukamy go w dalekich niebiosach, lecz w powracającej zieleni i w pamięci o tych, którzy byli przed nami. Czyścimy groby przodków, ale nie w smutku, lecz w radości, że życie płynie dalej przez nas, jak sok w młodych pędach wierzby. To nasz moment, w którym Yin i Yang odzyskują równowagę. Ciemność zimy ustępuje jasności wiosny. Aruna pokiwał głową, przesuwając koraliki mali w dłoniach.– Widzisz, chłopcze? Li mówi o równowadze, o Dharmie wszechświata. Twoje zmartwychwstanie, nasza Uszas i Czysty Blask Li to tylko różne sposoby opisu tego samego przebudzenia natury. Li wyciągnął z torby małe, okrągłe ciasteczko zrobione z zielonego ryżu i ziół. My jemy qingtuan, które mają w sobie kolor wiosennej trawy. Wy macie swoje jajka, symbol ukrytego życia. Aruna ma swoje dary dla Agni. Każdy z nas trzyma w dłoni cząstkę tego samego słońca, które właśnie teraz, w tym samym czasie, ogrzewa całą ziemię. Młodzieniec poczuł dziwny dreszcz wzruszenia. Trzy różne światy, trzy różne mowy, a jednak jedna wspólna opowieść o tym, że nic nigdy nie kończy się na zawsze. Siedzieli tam we trzech chrześcijanin, bramin i taoista patrząc, jak słońce wspina się coraz wyżej, rozpuszczając ostatnie resztki nocnego chłodu.,, Nie ma limitu dla światła” szepnął Aruna, zamykając rozmowę. Jest go dość dla każdego, kto zechce otworzyć oczy…..
Dodaj komentarz
Komentarze